Moja babcia była zero waste.


Zero waste / wtorek, Listopad 27th, 2018

Cześć.

Kiedy myślisz o swoich dziadkach, zwłaszcza tych wiekowych, nie odnosisz wrażenia, że postępowali tak jak dziś staramy zachowywać się my? Nie marnować, nie wyrzucać, naprawić… Różnica polega na tym, że my potrzebujemy świadomości o stanie świata, o tym jak zmienia się klimat, jak wzrasta poziom emisji dwutlenku węgla, aby zmieniać nawyki, podejmować kroki, które dla nich były naturalne i wynikały z czasów, w których przyszło im żyć.  Właśnie temat naszych dziadków, których praktyki idealnie wpisują się w szeroko pojęte zero waste, od dawna już za mną chodził. Odkładałam jednak napisanie tego tekstu na jakieś potem. Aż przytrafił się smutny moment, bo trudno mówić mi o okazji, w którym czuję ogromną potrzebę, aby podzielić się tym jakim zerowaste’owcem była moja babcia. Trochę ten post jest osobisty, bo jest dla mnie sposobem na uporanie się z trudnymi emocjami związanymi z odejściem mojej ukochanej babci Marysi. Wśród setek wspomnień są również te, które nawiązują do postawy zero waste i tak właśnie chcę ją dziś wspomnieć.

Pamiętam doskonale jak bardzo niezrozumiałe, wręcz irytujące były dla mnie niektóre z zachowań babci. Niesamowite jest też to, że wracając do wspomnień widzę jaką przemianę przeszłam ja sama, to co kiedyś budziło dezaprobatę, dziś w moich oczach urosło do prostych działań zero waste, które obecne były w babcinej codzienności. Babcia robiła swoje, nauczona doświadczeniem prowadziła dość minimalistyczny styl życia. Mieszkała na wsi gdzie pracowała w gospodarstwie, wychowała kilkoro dzieci i doczekała się wielu wnuków oraz prawnuków. Babcia doskonale odnalazłaby się w kampaniach skierowanych przeciwko marnowaniu jedzenia. U niej każdy okruch miał swoje przeznaczenie, nie kupowała na wyrost, a raczej skromnie, nie wyrzucała praktycznie nic, choć pewnie czasami przesadzała i nasza była w tym rola, aby nakarmić kury tym co straciło świeżość, kiedy spędzaliśmy u niej wakacje. Babcia wracała czasami do czasów wojny, wspominała wtedy jak kawałek słoniny czy mięsa, jej mama dzieliła na małe paski, aby starczyło na cały tydzień. W taki sposób została obdarowana szacunkiem do jedzenia, a jej opowieści tłumaczyły dlaczego tak trudno przychodziło jej wyrzucić coś do kosza. W kuchni babci, rzecz jasna, nie było miejsca na gotowce, choć czasami z kredensu wyciągała gotowe babki kupione z samochodu rozwożącego pieczywo, ale to było potem, gdy rzeczywistość coraz bardziej się zmieniała. Gotowała obiady, piekła ciasta, latem przygotowywała zaprawy, mleko kupowała u sąsiadów, a po jajka chodziła do kurnika.

Bio, ekologicznie, sezonowo i lokalnie, wprost z ogrodu, pod tymi wszystkimi znakami, których dziś istotę cenimy, stała kuchnia babci Marysi. Zresztą nie można chyba lepiej zjeść niż u babci, która gotuje z tego co sama wyhoduje. Choć czasami się sprawy komplikują, gdy dieta wegetariańska lub wegańska nas ogarnia i stoi w lekkiej opozycji do dań przygotowywanych na babcinym piecu. A w ogrodzie babci zadziwiająco wszystko pięknie rosło bez nawozów, bez oprysków, jednym jej nawozem był obornik i kompost, stonkę z ziemniaków babcia po prostu zbierała i rozdeptywała, slow – bez pośpiechu, na wszystko był czas, nawet na czasochłonne pozbywanie się szkodników. Na konserwację zbiorów też miała swoje sposoby, prócz oczywistych zapraw, co jesień pod drzewem orzechowym przygotowywała kopiec. Czy dziś robi się jeszcze kopce? Zakopywała w nim ziemniaki i warzywa korzeniowe, które w razie potrzeby wygarniało się spod warstw chroniących warzywa. Suszyła jabłka, gruszki i orzechy zebrane spod drzewa, nie było mowy o tym, aby latem jakiekolwiek owoce się zmarnowały.  Pamiętam firany powiewające na drzewach wiśniowych i babcię co jakiś czas wybiegającą na garnek, aby przegonić nadlatującą właśnie chmarę szpaków, każda wiśnia była ważna, a zupa wiśniowa przepyszna.

Babcia mogłaby nauczać minimalizmu, choć być może po prostu skromnego życia. Kupowała tyle ile potrzebowała, raz na jakiś czas pojawiało się w jej domu coś nowego, ale zawsze czuło się w tym pewną skromność. Może to kwestia ograniczonego budżetu i tego, że dzieci babci nie chcąc wyrzucać swoich przedmiotów, które były w dobrym stanie, przywoziły je do jej domu. Gdyby nie wujostwo kto wie czy wymieniłaby choć raz telewizor czy lodówkę. Odkąd sięgam pamięcią w domu stały te same meble, czasami po prostu odnawiane, te same naczynia, serwety, ręczniki. Nie wyczuwało się żadnej potrzeby wymieniania tego co doskonale nadal służyło. Zimą babcia dziergała na drutach, zwłaszcza skarpety, którymi obdarowywała pół rodziny. Gdy w skarpecie pojawiła się dziura wystarczyło podrzucić do naprawy. Zaszywanie dziur, cerowanie, łatanie było oczywistością, bo niby dlaczego wyrzucać rajstopy skoro można było je zreperować i wynosić koło domu- może taki urok ludzi ze wsi?

Skromne życie babci to oddech dla klimatu. Starała się oszczędzać wodę, nigdy z kranu nie lało się bez potrzeby, kąpiel zarezerwowana była na sobotę, w tygodniu zwykłe mycie. Zerowaste’owcy, którzy nie widzą sensu w każdorazowym spłukiwaniu toalety zrozumieliby się z moją babci doskonale. Cóż, w rodzinie budziło to dezaprobatę, a ona i tak robiła swoje nie spuszczając do szamba przesadnej ilości wody :). W ogrodzie, pod rynną stała beczka, w której zbierała się deszczówka, babcia podlewała nią ogród, obmywała ręce po pracy, albo nalewała  swoim kurom do picia. Uważnie korzystała też z prądu, światło gdzie niepotrzebne koniecznie gaszone, telewizor nigdy nie był włączany bez potrzeby. Przypomina mi się cisza panująca w jej domu, zwłaszcza zimą, tylko tykający zegar i ogień w kaflowym piecu. Jako że babcia nie miała prawa jazdy, jeździła po wsi i okolicach rowerem, lub po prostu szła pieszo. Na zakupy do miasta wybierała się autobusem, choć do przystanku miała kilometr.

W całym jestestwie babci był pewien minimalizm, skromność, niektóre przedmioty zdawały się być u niej wieczne, nic nie było wyrzucane pochopnie. Z drugiej strony babcia trochę lubiła chomikować, ale nie było jej znane kompulsywne kupowanie, otaczanie się gadżetami, potrzeba nowego, zupełnie inna mentalność, taka z innych czasów. Babcia była nauczona wszystkiemu dawać szansę, żadne obtłuczone jabłko nie lądowało w śmieciach, każda wstążka od prezentu skrupulatnie chowana, żeby innym razem zawiązać nią prezent dla kogoś innego, w kuchennej szufladzie zbierała puste tutki po mące, cukrze czy kaszy, a potem pakowała w nie suszoną miętę, orzechy lub coś czym chciała się koniecznie podzielić z osobą, która ją odwiedziła.

Babcia nie zamknęłaby swoich śmieci w jednym słoiku, miała w domu woreczki foliowe czy czasami plastikowe butelki. Mam jednak przekonanie, że odeszła z niewielkim bagażem przewinień ekologicznych.

Salut Babciu…💚